Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

4 stycznia 2011

Podsumowanie roku 2010

Nie wiem, czy pamiętacie moje podsumowanie sprzed roku. Takie ładne było, podzielone na części, z wypisanym tym, co się udało, a co planuję. To chyba dobry pomysł na tworzenie podsumowań, prawda?

Ale tym razem tak dobrze nie będzie.

Dlaczego nie chce mi się podzielić mojego przepięknego podumowania na cześci, pogrupować i najlepiej przedstawić w formie wykresu? Bowiem miniony rok, i to w wielu dziedzinach, upłynął pod znakiem wzrostu tego, co rośnie zawsze. Entropii.

Ale może first things first, jak mawiają Francuzi.

Niewątpliwie ważnym, ba - najważniejszym, wydarzeniem z życia jak najbardziej prywatnego było wstąpnienie w związek małżeński z moją obecną Żoną. Po dwóch latach wspólnego mieszkania "zalegalizowaliśmy" (jak to się mówi) nasz związek - a mówiąc potocznie, wzięliśmy ślub. Tablica rejestracyjna auta, którym poruszaliśmy się tego dnia, mówiła, że jest to ślub roku - i tak było. W każdym razie dla nas:) Ceremonia była przepiękna (wiem, nie mi oceniać, ale wierzę na słowo innym), weselisko huczne i prawie do rana, więc jest co wspominać z minionego roku.

Ale nie zakończę podsumowania tym jednym zdarzeniem, w końcu coś jeszcze się działo.

Z rzeczy prywatnych - w domu pojawiła się Chrupka. Moje pierwsze zwierzątko. Stwór jest przekomiczny i choć nie jest to może najinteligentniejsze stworzenie, nie aportuje, nie łasi się i nie przypilnuje domu, ale trochę tresury udało się wdrożyć. Jest tylko jeden problem - podejrzewamy, że Chrupka może jednak być Chrupkiem...

To może jeszcze trochę osobiście - jeżeli pamiętacie, przed rokiem byłem pełen zapału do wdrażania GTD, zasad inwestycyjnych i temu podobnych. Niestety, na tym odcinku posucha. Okazało się, że nie potrafię sobie znaleźć odpowiedniego narzędzia do GTD, nawet zwykły kalendarz to dla mnie za dużo. Ale wynikało to z faktu, że miałem dwa kalendarze - papierowy i ten w Google. A one się cholernie trudno synchronizują… Na szczęście końcówka roku to m.in. nowy telefon z Androidem na pokładzie. Czyli dostęp do kalenarza Wujka G. cały czas. A poza tym - odkrywanie wszystkich plusów smartfona. Nie wiem, czy zamieniłbym się teraz na zwykły telefon.

W ramach rozwoju osobistego podjąłem wyzwanie 52 książek - czyli próbę przeczytania 52 książek w rok. Niestety, z tej próby nie wyszedłem zwycięsko - zabrakło mi dwóch pozycji. Niemniej z całą pewnością przeczytałem wielokrotnie więcej, niż przeciętny obywatel. Jeśli nałożymy na to jeszcze ilość moich wizyt w teatrze, wyrastam chyba na kulturalnego snoba. Ale taki snobizm to chyba nic złego. Wracając zaś do książek - przeczytałbym 52 spokojnie, gdyby nie trzy tygodnie podróży poślubnej, kiedy nie czytałem zupełnie. Ale za to sporo zobaczyłem, sporo zapisałem (taki pamiętnik z podróży powstał) no i po raz pierwszy opuściłem Europę. Ba, za jednym zamachem zaliczyłem Azję i Afrykę!

Pora na odejście od Bartka i rzut oka na MrCichego, czyli co tam czyniłem w sieci. Po pierwsze - założyłem dwa nowe blogi, w tym ten. Trzy blogi do ogarnięcia - może sporo, nie wiem. Wiem jednak, że to, co miało mi pomóc w uporządkowaniu mojej działalności blogowej, było kolejnym przejawem wzrostu entropii. Zamiast publikować często na trzech - nie publikowałem prawie wcale na żadnym. Niejakim wyjaśnieniem tego faktu jest debiut usługi Google Buzz i moje całkowite wsiąknięcie w pisanie i dyskutowanie właśnie tam. Można pisać więcej niż na Blipie, ale nie ma tej strasznej, socialowej otoczki jak na FB (i nikt nie reklamuje zbierania kukurydzy ani nie zachęca do dołączenia do jego mafii). Tam się dyskutuje - ale spokojnie, z szacunkiem, nawet jeśli ma się wielce odmienne zdania. Polecam gorąco!

Zazwyczaj przy wspominkach mówi się też o tych, których zabrakło. Dla mnie sporym ciosem był koniec Cytadeli - rewelacyjnego blogu o astronomii. Nie wiem, co się dzieje z Finwe, autorem tego bloga, ale mam nadzieję, że jeszcze wróci. Bo Cytadelę można umieszczać w dowolnym zestawieniu rzeczy wartościowych w sieci. Także kolega Slawkas wykręca się niemocą twórczą i jest go mniej, niż kiedyś. Niestety. Matriks zasugerował powrót - i nic. Moralny też. Ech, gdzie te czasy...może prawdę powiedział ktoś na Blog Forum, że blogi umierają?

Muszę wspomnieć o tym, że w minionym roku pożegnaliśmy - i to chyba na dobre - Wesołego Terrorystę. Po trzech latach prowadzenia bloga pan WT stwierdził, że nie ma już nic do napisania. A ja stwierdziłem, że jakiekolwiek próby przeszczepiania czy reaktywacji tego projektu chyba nie mają sensu. Polityka, zwłaszcza polska, mnie męczy. Odkładam więc WT do pudełka po butach. I pozwalam mu odjechać na tę magiczną farmę, gdzie trafia każde stare zwierzę czy alter ego blogera.

Tak to wyglądało. Z pewnością coś pominąłem. Trudno, najwyżej wspomnę w komentarzach. Ale 2010 już za nami...

Jakie plany na 2011? Biorąc pod uwagę fakt, że z poprzedniego roku niewiele planów udało się zrealizować, chyba rozsądnie będzie odpuścić sobie ten element. Z drugiej strony - ubiegłoroczne postanowienia poczyniłem w kwietniu, wiec mam czas. Jedno jest pewne - powoli, krok za krokiem, pokonam entropię. Niektórzy z Was już pewnie wiedzą o pewnych moich działaniach. Ale wszystko w swoim czasie. To wymaga czasu i energii. I tego sobie - i Wam - życzę na najbliższe 12 miesięcy!

12 kwietnia 2010

Cześć tym, co zginęli

Trwa żałoba narodowa. Miałem przygotowane dwie lekkie notki, ale teraz potrzeba wyciszenia, odrobiny refleksji nad kruchością życia i bezsensownością sporów. Teraz jest czas żałoby i przygotowań do pogrzebu. Kiedy się skończy – wróci tez mój blog.

W katastrofie zginęło dwóch Prezydentów Rzeczypospolitej, Pierwsza Dama, marszałkowie Sejmu i Senatu, posłowie, senatorowie, dowódcy wojskowi, najwyżsi urzędnicy ważnych instytucji państwowych, duchowieństwo różnych wyznań, krewni ofiar zbrodni stalinowskiej. Można się zastanawiać nad przewrotnością losu, który pozwolił im położyć się obok tych, którzy 70 lat temu ponieśli najwyższą ofiarę, abyśmy mogli dziś być tymi, kim jesteśmy. Ja – nadal nie potrafię w to uwierzyć, że tych wszystkich ludzi już nie ma między nami.

Cześć ich pamięci.

22 lutego 2010

Moje małe, domowe voodoo

Nie jestem przesadny. Nie wierzę w magię. Nie czytam horoskopów, nie omijam czarnych kotów, dość długo regularnie wstawałem lewą nogą z łóżka, sól rozsypuję kilka razy w tygodniu. Gdybym miał się łapać za guzik za każdym razem, gdy widzę kominiarza, pewnie nawet koszule nosiłbym zapinane na zamek błyskawiczny.

Mówiąc krótko – zazwyczaj stoję na stanowisku agentki Scully z “Archiwum X” i z uporem godnym lepszej sprawy twierdzę, że “there has got to be an explanation”.

Niemniej czasem zdarzy się coś takiego, co podważa tę moją niezachwianą zdawałoby się wiarę – i wtedy zmieniam się w Muldera.

Znany jest Wam termin “złośliwość przedmiotów martwych”? Kompletny absurd – coś, co potrafiłbym rozłożyć na części, do najmniejszej śrubki (ale nie zrobię tego, bo w składaniu juz nie mam takich umiejętności), nie może mieć żadnych uczuć. A już z pewnością uczuć tak złożonych i wysokich jak złośliwość.

Niemniej czasem można zaobserwować coś, co zdaje się potwierdzać wredną naturę otaczających nas sprzętów. Jeżeli spieszymy się na autobus – rozwiąże się nam but. Jeśli widzimy lecące UFO – prawdopodobnie padnie bateria w naszym aparacie. Jeśli kobieta zrobi sobie manicure (tak się mówi? “zrobić sobie manicure”?), to z pewnością jakaś puszka, ołówek albo nawet jej własna torebka złamie jej najdłuższy z paznokci.

Można rozmawiać o tym, czy jest to pech, czy tylko nieuwaga i nad wyraz ciekawy zbieg okoliczności, ale to fakt – czasem stoimy na przegranej pozycji w starciu z materią nieożywioną.

Jako przykład może posłużyć kuchenka mikrofalowa z naszego domu. Pewnego razu rozmawialiśmy o tym, że można ją wymienić – ma już swoje lata. Nasz błąd polegał na tym, że rozmawialiśmy o tym przy niej… Kuchenka odmówiła posłuszeństwa po kilku dniach. Co ciekawe – uderzona z odpowiednią siłą zmusiła się do współpracy. Szczegółowe dochodzenie wykazało, że winne są drzwiczki, które nie zawsze dokładnie się zamykają, niemniej – takie zbiegi okoliczności pozwalają nam wierzyć w jakieś tajemne życie przedmiotów.

Jednak historii z minionego weekendu nie da się nijak wyjaśnić.

Przy okazji różnej maści ostatnich robótek domowych potrzebna nam była miarka. Taka zwykła, stalowa, zwijana. Dokładnie taka, jaką kupiliśmy dawno temu i jaka ładnie wisiała w szafce z narzędziami. Niestety, miarka zniknęła. Szukaliśmy, wołaliśmy, przetrząsnęliśmy wszystkie mroczne zakamarki kilkakrotnie – w tym oczywiście szafkę z narzędziami i biurko. Bez efektu. Miarka przepadła jak kamień w wodę. Musieliśmy radzić sobie zwykłą linijką (odmierzcie dwa metry trzydziestocentymetrową linijką).

W sobotę na zakupach podjęliśmy istotną decyzję i za porażającą kwotę kilku złotych kupiliśmy nową miarkę. Elegancką, gumowaną, prze-pię-kną.

W niedzielę odnalazła się stara miarka. W szafce z narzędziami. W miejscu, na które patrzyliśmy kilkakrotnie.

Mówi się “diabeł ogonem nakrył”. Tym razem nakrył małą figurką.

Wolę mówić, że to jakaś magia – bo do gapiostwa się nie przyznam:)

30 listopada 2009

AH1N1

W związku ze:

  • zmianami konstytucji,
  • kaucją w Szwajcarii,
  • zdejmowaniem krzyży,
  • wojną w Afganistanie,
  • oraz kryzysem w Dubaju,

ostatnio temat tzw. “świńskiej grypy” nieco przycichł. I dobrze, bo szaleństwo związane z tą chorobą odsuwało w cień nieproporcjonalnie większe zagrożenie zwykłą grypą sezonową.

Niemniej nadal w Polsce umierają ludzie w wyniku nowego wirusa. Kilkanaście osób nie przeżyło spotkania z AH1N1. Mnie natomiast zastanawia coś innego: dlaczego najwięcej ofiar nowej grypy jest w naszym województwie? Jakieś negatywne bioprądy czy co? Czy ktokolwiek zainteresował się tym tematem? Z czego to wynika.

Ludzie przez skórę coś czują, że widmo krąży na Pomorzu, więc starają się radzić sobie z zagrożeniem jak się da. Nie widuje się jeszcze ludzi w maseczkach na ulicy, ponoć nie ma masowej fali szczepień, ale coś robić trzeba. I tu ludzie zwracają się ku najskuteczniejszemu, tradycyjnemu, najprostszemu sposobowi przeciwko wirusom wszelakim. Co najlepiej zwalczy szalejącą grypę? Czosnek!

 

Grypa

Ja rozumiem medycynę ludową i dobre rady babci, ale czosnkiem to można się faszerować, gdy się siedzi w domu. A jeśli pracujesz z ludźmi – lub korzystasz z transportu publicznego – to przerzuć się na cokolwiek innego. Miód, cytrynę, wódkę, wiązanie tasiemek na palcu – ale nie śmierdzący czosnek!

No, chyba że plan jest taki – jeśli ludzie będą się trzymać z dala ode mnie, to się nie zarażę. W takim razie brawo – twoje geny nie wypadają z puli! Ale nie gwarantuję, że z takim smrodem będziesz mógł je komukolwiek przekazać.

Aha, jeszcze w temacie zdjęcia – gorąco polecam spektakl w Teatrze Wybrzeże “Tajemnicza Irma Vep”. Dawno sie tak nie uśmiałem…nie, to złe słowo. Dawno tak zdrowo nie rechotałem. Popraw sobie humor – idź do teatru;)

Foto: flickr.com, autor: Usonian, na licencji CC Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Na tych samych warunkach 2.0 Ogólny

.

2 listopada 2009

Zaduszki

Dziś Zaduszki – dzień, w którym wspominamy wszystkich wiernych zmarłych. W odróżnieniu od Dnia Wszystkich Świętych, radosnego święta, kiedy Kościół cieszy się ze wszystkimi, którzy są już świętymi, dziś mamy dzień refleksji, zadumy.

Ale nie uważam, aby było to szczególnie smutne święto. Dlaczego?

Po pierwsze – często na cmentarzach spotykają się całe rodziny. Często jedyny raz w roku. I choć rozmowy zaczynają się banalnie, od “ten duży znicz może postaw w rogu, gdzie kupiłeś takie kwiaty, weź zgarnij liście z płyty”, to potem zawsze jest jakoś tak…wyjątkowo.

Po drugie – samo wspomnienie (i tu jest szansa na wspólne, rodzinne wspominanie). Czy musimy się smucić, że ci, na których groby przychodzimy, już nie są z nami? Moim zdaniem lepiej cieszyć się, że żyli, że dane nam było ich poznać, że czegoś się nauczyliśmy, że zostawili coś po sobie. I że my też powinniśmy tak żyć, aby cała rodzina chciała nas wspominać. I aby granitowa płyta nie była jedynym, co po sobie zostawimy.

A po ostatnie – czysto estetycznie. Widok cmentarza nocą, z milionami zniczy – ma coś w sobie. Coś, co skłania do refleksji.

Nie musimy przebierać się za wiedźmy i domagać się cukierków (albo psikusów). Mamy swoje, piękne i wcale-nie-takie-smutne święto. Wszystko, co musimy, to zatrzymać się na chwilę.