26 października 2009

Notatniki hand – made

Nie tak dawno na Blipie ^szpiegowsky wyraziła życzenie ujrzenia notatników, które zrobiłem – a o których wspomniałem już i u siebie, i u Wesołego Terrorysty. Niniejszym spełniam to życzenie – oto zdjęcia moich notesów:)
Jako pierwszy – notatnik, o którym pisałem kiedyś. Zrobiony ze zwykłego zeszytu i okładki starego kalendarza.
 
Nie wygląda zbyt ładnie…
Służy mi do zapisywania wszelkich przydatnych myśli – ale takich “na przyszłość”. Są tam więc i pomysły na notki, i przemyślenia wszelakie, i plany “byznesowe”, i sposoby zbawienia świata…
W środku – zwykły zeszyt.
Z tyłu tego notatnika prowadzę arcyskomplikowany spis treści, aby się nie pogubić w natłoku pomysłów:) Całość ma format A4 i grubość 96 kartek plus okładki.
Jako drugi – notes, który wykonałem dla mojej Ukochanej. Bo mnie poprosiła.
W porównaniu z poprzednim – arcydzieło.
Złożony z dwóch tzw. zeszytów do słówek – format A5. Okładka z czarnego weluru, niebieska wstążka, na grzbiecie gumki do trzymania długopisu. No i to, co w poprzednim notesie – gumka spinająca okładki. Z powodu szalonego pomysłu okładki są lekko wypchane jakimś miękkim wypełnieniem – ale nie jest to zbyt widoczne. Okładki wzmocniłem średniej grubości tekturą ze sklepu dla plastyków (przy okazji – taką tekturę można nabyć wyłącznie w formacie A1 albo zbliżonym…niezbyt wygodne w transporcie – na szczęście sprzedawczyni w sklepie w Sopocie zgodziła się przeciąć całość na cztery części). Okładka sklejona z notesami za pomocą kleju Pattek SOS.
I ostatni, moje narzędzie do GTD. Okładka do dwóch notesów.
Coś słaba ostrość wyszła...
Materiały identyczne jak poprzednio – czarny welur, średniej grubości tektura w okładkach. Żadnego spinania gumkami. Miejsce na długopis – zupełnie przypadkiem pomiędzy okładkami.
Długopis wsuwam w przerwę w materiale.
Do tego w środku dwa notesy, formatu A6, zahaczone o wszyte gumki. W notesie po lewej “łapię” pomysły, w notesie po prawej – mam uporządkowane listy.
Póki co – to wszystko. Zastanawiałem się, czy nie zacząć produkować tego na Allegro:) Ale musiałbym liczyć drożej niż za najdroższego Moleskine’a. Może i materiały wychodzą taniej, ale mój czas jest bezcenny. Co do kosztów materiałów – to nie wychodzi jakoś strasznie drogo, bo kupiony materiał czy tektura wystarczą na kilka(naście) notatników. Najdroższe w każdym notesie są: zeszyt, klej i czas. bo roboty z tym jest sporo.
Ale satysfakcja z posiadania takiego notesu – bezcenna.

23 października 2009

Urlop w październiku? Czemu nie!

Urlop w Polsce w październiku? No, to już może brzmieć nieco dziwnie…

Wpierw wyjaśnienie – długo milczałem, bo:
  1. miałem masę roboty poza siecią i nie miałem jak napisać tego wszystkiego, co mi w głowie siedzi,
  2. chorowałem (lekko).
  3. miałem jeszcze więcej roboty, niż w punkcie 1.
Ale te problemy zostały już dzielnie pokonane, więc mogę napisać o tym, o czym powinienem jakieś dwa tygodnie temu.
W pierwszej połowie października wybraliśmy się na urlop. Do Chełmna i okolic. Czemu tam? Byłem tam kiedyś służbowo i muszę Wam powiedzieć, że jest to świetne miejsce na oderwanie się od codziennej bieganiny, spokojne spacery, relaks i zwiedzanie miejsc, o istnieniu których nawet nie mieliśmy pojęcia. Bo czy ktokolwiek z Was wie, że w Papowie Biskupim są fajne ruiny zamku krzyżackiego? Ba, pewnie nawet nie wiecie, gdzie owo Papowo leży… Ja też nie wiedziałem jednego i drugiego. Ale teraz mam świadomość i mogę w towarzystwie brylować wiedzą – że taki zamek istniał, że miał grube mury i że niewiele z niego zostało. O, tyle:

Ale klimat jest…
Więc jeśli ktoś lubi ceglano – gotyckie klimaty, to już wie, dokąd się wybrać. Dodam jeszcze, że w samym Chełmnie jest wiele zabytków z tzw. Europejskiego Szlaku Gotyku Ceglanego – warto zobaczyć, bo niektóre potrafią zachwycić (oczywiście z zachowaniem skali – to nie jest taki zachwyt jak pod piramidami w Egipcie…). Gdy następnym razem ktoś Wam powie, że cudze chwalicie, swego nie znacie, to powiecie że i owszem, znacie – i wrócicie do chwalenia cudzego:)
W temacie zamków – jest ich tam masa, bo w końcu to słynna ziemia chełmińska, zmora uczniów szkół wszelakich, uczących się na klasówkę dowolnej wojny polsko – krzyżackiej. Ziemia ta co kilka chwil (historycznych) przechodziła z rąk do rąk, jak pamiętacie, a zakonnicy mieli ciekawy zwyczaj stawiać zamki na każdym wolnym skrawku gruntu… Wracając zaś do ocalałych zamków – w leżącym niedaleko Chełmna Świeciu (ktoś pewnie by się obraził za to określenie…) też jest zamek – i ma on najwyższą w Polsce krzywą wieżę. Albo wieżę o najwyższym odchyleniu od pionu. Nie pamiętam, ale widoki z niej są ładne – Wisła, las…

Z drugiej strony wieży widać wytwórnię papieru – czyli smród i dym
Można też natknąć się na ciekawostki – my poświęciliśmy jeden dzień na jazdę po okolicy i oglądanie różnych ciekawostek (jak choćby wspomnianego Papowa Biskupiego). Wprawdzie są to wszystko drogi lokalne, niekoniecznie dobrze opisane czy oznaczone…

…choć się starają…
…to udało nam się trafić na prywatne lotnisko. Wiecie, dla mnie pełna radość. Wpuszczono nas do hangaru, pokręciłem się, porobiłem masę zdjęć, widziałem lądującą awionetkę. Ot, taki mały lunapark dla mnie.

Wiele samolotów – wiele zabawy!
A kręcąc się tu i ówdzie pobawiliśmy się (po raz pierwszy – i może nie ostatni) w zabawę zwaną geocaching. Czyli takie poszukiwanie skarbów w XXI wieku. Choć nie mamy GPS, dysponowaliśmy tylko słabym zdjęciem z netu i opisem lokalizacji, było ciemno, zimno i do domu daleko – udało nam się odnaleźć taki oto pojemnik (ok, nie nam, tylko moje Kochanie znalazło…):

A w środku – cuda, panie, cuda!
Ze środka zabraliśmy figurkę, włożyliśmy gdańskiego dukata i zakopaliśmy całość tam, skąd wzięliśmy.
Urlop był znakomity – kilka dni, a taki odpoczynek taki, że hej! No i ile wrażeń – to powyżej to raptem kilka wybranych punktów.
Na koniec dwie refleksje:
  • ludzie gdy widzą turystę, chcą mu pomóc – a gdy okazuje się, że turysta jest z daleka (“o widzisz, państwo aż z Gdańska przyjechali do nas oglądać…”), to pomogą jeszcze chętniej – choć do dziś nie wiemy, czy to, co widzieliśmy w Wabczu, to faktycznie była Poganka (przeurocza nazwa grodziska),
  • w Chełmnie jest RE-WE-LA-CYJ-NA knajpa azjatycka: każdy z Was, kto będzie w okolicy, przejazdem czy będzie znał kogoś, kto będzie zmierzać w stronę Chełmna – ma za zadanie przysporzyć zysku tej knajpie (w rynku się znajduje, pomiędzy ul. Grudziądzką i Rycerską); ta jadłodajnia nie może upaść! A ponoć bankructwa różnej maści restauracji to w Chełmnie plaga… Tam natomiast jest smacznie (o wiele lepiej niż w jednej popularnej knajpie wietnamskiej w Gdańsku!), dużo (gdy człowiek zamawia kurczaka, spodziewa się fileta, no, może fileta i pół…ale trzech filetów sporych rozmiarów to nikt się nie spodziewa!) oraz tanio (krewetki za 16 PLN, najdroższe danie kosztowało coś około 17 PLN, nie kasują za pałeczki jak niektórzy…) – kto lubi azjatycką kuchnię i będzie w pobliżu Chełmna, ma punkt obowiązkowy na liście - przybliżona lokalizacja poniżej (za namową mojego Kochania).
A co Wy sądzicie o urlopie w październiku w Polsce? Komentarze stoją dla Was otworem…

2 października 2009

Latanie…

Wpis krótki, osobisty, bardzo spóźniony, mający za zadanie pokazać dwie rzeczy.

Po pierwsze – spełnienie marzeń pozwoli nawet staremu koniowi poczuć się jak małe dziecko. Takie, które dostało worek cukierków.

Po drugie – że jestem z najcudowniejszą Kobietą pod słońcem.

Z końcem sierpnia były moje urodziny. Nawet nie żadne okrągłe – ot, kolejna rocznica. Jednak ten dzień zapamiętam na długo. Ze względu na prezent, jaki dostałem od mojej Ukochanej.

Każdy, kto mnie choć trochę zna, wie o moim małym świrze na punkcie latania i wszystkiego, co z lotnictwem jest związane. Potrafię gapić się jak przedszkolak na lecący samolot. Siedzenie przy oknie w samolocie to dla mnie rozrywka na bardzo długo. Pobyt na lotnisku – to coś jak mały Disneyland. Niestety – wada wzroku skutecznie eliminuje mnie jako pilota (w każdym razie tak mi powiedziano), w związku z czym moje zachwyty lataniem mogą mieć postać wyłącznie bierną.

Ale jak wiadomo, jest latanie i latanie. Na urodziny dostałem to drugie. Lot awionetką. Z pilotem, oczywiście, ale chyba widzicie różnicę pomiędzy siedzeniem w Boeingu 757 a w Cessnie?

Tak więc w związku z moimi urodzinami pojechaliśmy na lotnisko do Pruszcza Gdańskiego, do aeroklubu, aby sobie trochę polatać… Tym cudem:

Cudo na drugim planie.

Ciasno jak cholera, ale drobiazgi nie mogą nas ograniczać, prawda? Z pomocą przesympatycznego pilota zapiąłem pasy, zamknąłem drzwi, założyłem słuchawki nawet (tego zdjęcia nie pokażę…) i – wystartowaliśmy.

To było najcudowniejsze dziesięć minut, jakie mogłem sobie wyobrazić. Parę pętli nad Pruszczem i okolicą – centrum dystrybucyjne Poczty Polskiej, autostrada A1, pola, lotnisko. Początkowo nie odrywałem palca od spusty migawki, robiąc zdjęcia takie, jak te:

Jedna z niewielu wyraźnych fotek – ale nadaje się na tapetę:)

Dworzec w Pruszczu – ale raczej nie na tapetę…

Po chwili zrozumiałem jednak, że choć sytuacja do takich ujęć może sie już nigdy nie powtórzyć, warto się skupić na tej pasji, która mnie zawiodła tak wysoko – a nie było to fotografowanie… Jak małe dziecko patrzyłem za okno, wypatrując znajomych miejsc (jeden klient, drugi klient…), a że pogoda była niezła (bez słońca, ale ładnie), to widziałem nawet kominy gdańskiej elektrociepłowni na horyzoncie. I lecący samolot rejsowy. Do tego dwie “górki”, czyli szybkie podlecenie w górę i potem w dół, jak na kolejce górskiej. Wpierw wciskamy żołądek w dół, a potem podnosimy go pod gardło:) I jeszcze szybki przelot tuż nad płytą lotniska, z gwałtownym poderwaniem na koniec.

A zresztą – co ja będę opowiadać, sami zobaczcie niektóre fragmenty:

Mistrzem montażu nie jestem, ujęć może też (film kręciłem drugim aparatem, lewą ręką), ale i tak żaden film nie odda tego, co wtedy czułem. Gdy wylądowaliśmy i wysiadłem, podobno promieniałem ze szczęścia. I tak też się czułem.

Kochanie, dziękuję Ci bardzo za tak cudowny prezent.

A po wylądowaniu i powrocie do Gdańska poszliśmy skosztować sushi. Ale to zupełnie inna historia:)

PS: Zapomniałbym o oklepanym morale – warto realizować marzenia. Swoje lub innych:) Dlatego jeśli macie jakieś niezrealizowane marzenie, nawet z wczesnego dzieciństwa, to warto poświęcić trochę czasu i pieniędzy, aby poczuć to coś. O spełnianiu marzeń jeszcze wspomnę – bo to nie było jedyne, które udało mi się ostatnio zrealizować. Zresztą – wystarczy spojrzeć na moją sieciową “chcęlistę”, aby zobaczyć, co na niej jest już odznaczone:)

PS2: chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy, gdy powiem, że tak naprawdę to moje marzenie zostało zrealizowane w pełni, gdy nagle gdzieś nad początkiem drogi krajowej nr 1 pilot powiedział “pilotowałeś coś takiego kiedyś? Nie? a chcesz spróbować? To proste!”. Całe moje zadanie to było tylko trzymanie steru i lekkie skręty (byłem zbyt podekscytowany, by dostrzec jakiekolwiek zegary na desce, na szczęście pilot czuwał), ale – PILOTOWAŁEM SAMOLOT!:) I co Wy na to?